poniedziałek, 14 grudnia 2015

Szampan



Jak Francuzi deski z otworami wynaleźli


Nikt już nie kwestionuje faktu, że szampana nie wynaleziono w Szampanii, ani tego, że największy wkład w uratowanie francuskiego winiarstwa po filokserze mieli Amerykanie.

Ale te dwa wydarzenia nie są chyba najważniejszymi w tysiącletnich waśniach pomiędzy Fracuzikami i Brytolami, które opisuje Stephen Clarke w swej ostatniej książce 1000 lat wkurzania Francuzów, którą właśnie z wypiekami przeczytałem.
To lektura niezwykle dowcipna, myślę, że zarówno dla anglofilów, jak frankofilów, bo spojrzenie obu nacji na długą, wspólną historię jest całkowicie, a niekiedy drastycznie odmienne. Te waśnie to niekiedy sprawy poważne, bo długoletnie wojny, czasami zaś drobne głupoty, niemal niezrozumiałe dla czytelników z innych krajów. Nie tak dawno Francuzi wkurzyli się, że pociąg Eurostar łączący oba państwa pod kanałem La Manche kończy bieg na londyńskiej stacji… Waterloo. Kiedy terminal końcowy przeniesiono osiem lat temu na dworzec St Pancras, Francuzi byli równie wkurzeni, bo św. Pankracy jest patronem Korsyki – symbolu antyfrancuskiego separatyzmu, a nawet terroryzmu. Kiedy zaś prezydent Sarkozy odwiedzał brytyjską królową w Windsorze, musiał przejść przez Waterloo Room (bo inaczej do jadalni dostać się nie można) i podziwiać wielki portret Wellingtona, a wystawną kolację zjeść na starej francuskiej porcelanie, którą pod koniec XVIII wieku dwór brytyjski nabył od psychopatów kierujących Wielką Rewolucją Francuską, którzy wyprzedawali królewskie dobra komu popadnie. Problem w tem, że dla wielu Francuzów Napoleon jest zwycięskim imperatorem, bo spierniczając spod Waterloo wygrał jakąś małą potyczkę pod Paryżem, nim dopadli go i zesłali zwycięzcy. Potyczkę, o której nikt na świecie oczywiście nie wie.
Od takich prztyczków w książce się roi, dlatego czyta się ją wybornie. Ale felieton to nie miejsce na recenzję nawet najlepszej lektury. Zajmijmy się więc tylko sprawami winiarskimi w tej książce. Szampan – to chyba największe nieszczęście, jakie w ostatnich dekadach mogło spotkać winiarską Francję. Jest dziś udowodnione, iż wino musujące przy zastosowaniu wtórnej fermentacji w butelkach wynaleziono w Londynie. Dokładnie w 1662 roku Christopher Merret, angielski uczony przedstawił przed Royal Society wykład, w którym wskazał na powody, z jakich wino rozsadza butelki. Stwierdził także, iż ten przykry fakt można okiełznać używając grubszych butelek. Merret nie był winiarzem i właściwie bardziej interesowały go owe butelki. Lekkie, młode i często lekko perliste lub kończące swoją fermentację wina masowo wysyłano z Francji do Anglii. Tu trafiały do knajp lub były butelkowane, bowiem flaszki stawały się coraz bardziej popularne w XVII wieku. Rzecz jasna – nie były to jeszcze klasyczne wina musujące, niemniej zawierały pewną ilość CO2, a przez to butelki z nim były niebezpieczne. W Anglii rozpoczęto więc wyrób pierwszych „szampanek” z grubego szkła i – co gorsza – przez pewien czas eksportowano je do… Szampanii, prawdopodobnie także do piwnicy… Dom Pérignona, który został mistrzem piwnicznym w Hautvillers dopiero 1668 roku.
W swoim wystąpieniu Merret wykazał również, iż w każdym winie można wywołać perlistość poprzez… wtórną fermentację, dodając do wina cichego (bazowego) cukru lub melasy. Zatem zasługą Francuzów jest jedynie wynalazek palet w których układano niemal w sposób pionowy butelki, aby osad zbierał się w szyjce. Jeśli zaś potwierdzą się złośliwe (na razie) plotki, iż także w Londynie na skalę przemysłową zaczęto nowy typ butelek zamykać korkami, zasługą Szampanii pozostaną jedynie owe palety.
Merret zasłynął również z tego, iż 22 stycznia 1666 spożył spore ilości wina ze słynnym angielskim pamiętnikarzem Samuelem Pepysem. A przy okazji – trzy lata wcześniej – Pepys zrobił to samo sam popijając w londyńskim barze Royal-Oak Tavene „jakiś gatunek francuskiego wina zwanego Ho Bryen”, czyli Château Haut-Brion, późniejszego premier grand cru classé.
Zasługi Merreta opisuje Stephen Clarke, ale wspomina także o fakcie w szampańskiej historii, o którym mało kto wie, a przynajmniej ja nie wiedziałem zupełnie. Otóż Francuzi wymusili na obradujących w Wersalu politykach, by do traktatu kończącego I wojnę światową wpisać ochronę nazwy „Champagne”! To paragraf 275 w liczącym ich 440 traktacie. W czasie wojny zginęło 14 milionów ludzi, dziesięć procent Francuzów ucierpiało fizycznie w wyniku konfliktu, a rząd nad Sekwaną zajmował się napisami na nalepkach zdobiących butelki! Tej hańbiącej małostkowości w żadnej mierze nie tłumaczy fakt, iż spora część walk na zachodzie toczyła się w Szampanii, która została doszczętnie zrujnowana, zaś szampanom groziło wyparcie przez inne wina musujące. Cóż – nie po raz pierwszy polityka wkracza w historię winiarstwa, ale bodaj po raz pierwszy tak drastycznie. Niemniej książkę szczerze polecam – zaiste czyta się wyśmienicie!
Wojciech Gogoliński

wtorek, 3 listopada 2015

Nowa wizja rynku



Czyli, po co komu dziennikarze winiarscy

Wojciech Gogoliński

Kiedyś było inaczej, wszystko było prostsze” – mówią w każdej epoce ludzie starsi, niemogący pojąć pokoleniowych zmian. Może nie jestem jeszcze „całkiem starszy”, ale za to pilnie obserwuję nurty, które kierują światem specjalistycznych ocen win i też mi się wydaje, że kiedyś wszystko było prostsze. Wysokie punktacje zbierały wina o wielkiej, ponadczasowej (no, powiedzmy) tradycji, o uświęconych nazwach, ze słynnych, głównie francuskich domów winiarskich, takie, w które w ciemno można było inwestować pieniądze. Nikt nie kwestionował ich pozycji – powiedzmy – do czasów Degustacji Paryskiej, supertoskańskiej rewolucji, czy nagłego zaistnienia nowej Hiszpanii (ribera del duero, priorat, nowe riojy). Te trzy wydarzenia pogruchotały kręgosłup uporządkowanego świata ocen. Gruntownej wymianie podległa też scena oceniających – na oceny Francuzów już chyba nikt nie zwraca uwagi – dominują dziennikarze i specjaliści z innych krajów.
Dziś wina chilijskie, argentyńskie, a zwłaszcza australijskie i kalifornijskie z łatwością otrzymują oceny na poziomie 93-95 punktów, a czasem i 97-98, podczas gdy najlepszym winom z Bordeaux czy Toskanii trudno zaliczyć poziom 93 punktów (ostatnia ocena Tignanello – 93 pkt.; kalifornijskiego Irony – 95 pkt.!). W dodatku to pierwsze kosztuje majątek, drugie – 15 dolarów. To polowanie na jak najtańsze wina z jak najwyższymi ocenami stało się zresztą już nagminne.
Producenci „tradycyjni” (wielkie uproszczenie) biją już na alarm, choć w zasadzie nie bardzo wiedzą, co niby mieliby robić. Bija na alarm, bo systematycznie, a ostatnio gwałtownie rośnie pozycja win nowoświatowych (kosztem win francuskich głównie) na rynkach azjatyckich, w tym na chyba najlepiej wyrobionym rynku japońskim. Już jedna czwarta importowanych do Japonii win to wyśmienite wyroby z Chile, o zmianę taryf importowych stara się Australia, która staje się tam coraz potężniejszym graczem.

Ale są też i zupełnie nowe zjawiska - być nawet już niedługo oceny takie, jakie znamy dziś odejdą do lamusa i nie będziemy już w ogóle przejmować się ocenami dziennikarzy i kiperów. Niedawno mój stary kumpel po fachu ze Słowenii opowiadał mi o seminarium, w którym uczestniczył w Londynie (wpisowe 2 tysiące euro). Odbyło się pod hasłem „Wine Vision” i było przeznaczone, co prawda, nie dla dziennikarzy, ale dla szefów sprzedaży i PR-owców w firmach winiarskich (kumpel zajmuje się także i tem, stąd opłacono mu rachunki). Wybitni profesorowie pokazywali tam różne mniej lub bardziej znane triki rynkowe oraz te zupełnie nowatorskie – np. ocena win w różnych okolicznościach przyrody, jak choćby w różnych barwach oświetlenia (kiedyś sam brałem udział w takim przedstawieniu), natężeniu owego, czy przy dozowaniu odmiennych dzięków muzyki. Kolega – jak przyznał – zupełnie zgłupiał, choć jest praktykującym enologiem od kilkudziesięciu lat. Oceny tych samych win (o czym zrazu nie wiedział i podawanych oczywiście w czarnym szkle) wychodziły mu kosmicznie odmiennie, tak że w pewnym momencie już w ogóle nie wiedział, co ma w szkle.
Ale chyba najciekawsze było chyba to, co usłyszał na jednym z wykładów. Otóż informację, że fachowa ocena win staje się z wolna passé, jest zbędną, niepotrzebną przeszkodą. Przykład – przez Tesco na wyspach przewija się przez weekend około dziesięciu milionów Brytyjczyków, a przez różne ankiety i obserwacje firma wie o nich więcej niż CIA i FBI o Amerykanach. Tesco wie, co i kiedy kupują, co jedzą, co lubią, w jakie dni ile wydają, które regały oglądają, co biorą do ręki, a co po namyśle odkładają itp. Ba, wie, co czytają, jakie mają samochody, jaki jest ich status społeczny, w jakich dzielnicach mieszkają, ile mają dzieci, kim są ludzie z kręgu ich przyjaciół… Więc po co im opinie jakichś dziennikarzy? Komputery hipermarketowe same zamawiają wina i decydują, na jakie półki je wstawić oraz, ile powinny kosztować. Jeśli coś się nie sprzedaje, oferta natychmiast się zmienia. O jakości i wartości wina decyduje gust masowego konsumenta, a nie dziennikarskie wywody w fachowej prasie.
Rzecz jasna, specjalistyczne sklepy nie znikną z ziemi jeszcze długo, ale – jak przewidują to organizatorzy „Wine Vision” – ich udział w rynku będzie malał, decydował będzie klient masowy i już to czyni. Wymusza to zmianę na rynku producentów – nawet najzacniejsi wytwórcy, choćby z wielkiej bordoskiej piątki grands crus classés maj swoje entry levels, by zaistnieć na supermarketowym rynku.

środa, 27 maja 2015

Farnese



Gruppo Farnese

Między przeszłością a przyszłością

Farnese Group to jedna z najmłodszych a jednocześnie największych winiarni włoskich, zaś dokładniej – jak wskazuje nazwa – wielkiej grupy takowych pod wspólnym kierownictwem, choć każda prowadzi interesy na własny rachunek. Najciekawsze jest zaś to, że chyba jako jedyna z tego typu przedsięwzięć nie ma na liście swoich win (przynajmniej na razie) wielkich apelacji Północy. Powód jest prosty – Farnese wystartowało i związało się z południem Włoch – obszarem, którego znani inwestorzy jak dotąd unikali jak ognia. Zacofanie oraz często niejasne lokalne powiązania powodowały, że nowi na rynku woleli zakładać bądź kupować wytwórnie na Północy. Jest jeszcze jeden powód – w samych Włoszech znajomość apelacji w mezzogiorno była znikoma, a właściwie żadna – wielokrotnie słyszałem od tamtejszych producentów, iż często wolą umieszczać na etykietach regionalną klasyfikację IGT/IGP puglia niż poważniejszą DOC primitivo di manduria, 
bo tej ostatniej i tak nikt nie rozpozna – przy „Puglia” Włoch wie przynajmniej, skąd mniej więcej wino pochodzi. Choć i tak lwia część wina trafia na rynek bezimiennie jako wino stołowe.
Dlatego Farnese, których spotkałem na ostatnim Vinitaly 2015 wybrało drogę zupełnie inną – eksport. Dziś – zaledwie kilka lat po powstaniu – aż 93 procent produkcji trafia za granicę. A jest tego sporo, bo aż 16 milionów butelek, które obsługują 75 państw. Wina pochodzą z pięciu południowych regionów Italii: Abruzji (winiarnie Fantini i Caldora), Bazylikaty (Vigneti del Vulture), Kampanii (Vesevo), Puglii (Vignieti del Salento) i Sycylii (Vigneti Zabù i Cantine Cellaro). Wśród spotkanych przeze mnie przedstawicieli grupy nieśmiało szepce się o już Sardynii oraz o wzroście produkcji do… 20 milionów butelek. W czasach kryzysu, który na Południu zbiera srogie żniwo, to chyba najszybciej rozwijająca się grupa winiarska we Włoszech. Postanowiłem zatem sprawdzić w Weronie, jaką jakość prezentują ich wina.


Oto moje oceny:

Wina Gruppo Farnese

94 Opi Riserva Biologica 2011, DOCG montepulciano d’abruzzo colline teramane, Fantini
93,5 Edizione Cinque Autoctoni „14” 2012, vino di tavola, Fantini
91 Taurasi 2008, DOCG taurasi, Vesevo
91 Zolla 2013, DOC primitivo di manduria, Vignieti di Salento
90,5 Canace Nero di Troia 2013, IGT puglia, Vignieti di Salento
90 Ni’ Mia Passito (NV), IGT sicilia, Vignieti Zabù

89,5 Gran Sasso AltaQuota 2010, DOCG montepulciano d’abruzzo colline teramane, Fantini
88,5 Cerasuolo d’Abruzzo 2014, DOC cerasuolo d’abruzzo, Fantini
88 Nero di Troia 2014, IGT puglia, Vignieti di Salento

87,5 Falanghina 2014, IGT benevento, Vesevo
87,5 Sensuale Moscato 2011, IGT basilicata, Vignieti del Vulture
87,5 Terre dei Portali Aglianico d’Abruzzo 2013, DOC aglianico d’abruzzo, Fantini

87 Chardonnay 2014, IGT terre di chieti, Fantini
87 Chiantari Nero d’Avola 2014, IGT terre siciliane, Vignieti Zabù
87 Greco di Tufo 2014, DOCG greco di tufo, Vesevo
87 Grillo 2014, IGT terre siciliane, Vignieti Zabù

86,5 Gran Sasso Trebbiano d’Abruzzo 2014, DOC trebbiano d’abruzzo, Fantini
86,5 Gran Sasso Pinot Griggio 2014, DOC sicilia, Vignieti Zabù
86,5 Gran Sasso Montepulciano d’Abruzzo 2014, DOC montepulciano d’abruzzo
86,5 Pecorino 2014, IGT terre dei chieti, Vesevo
86,5 Pippoli 2014, IGT basilicata, (greco/fianio) Vignieti del Vulture
86,5 Pippoli Rosato 2014, IGT basilicata, Vigneti del Vulture
86,5 Terre dei Portali Aglianico Rosato 2014, IGT basilicata, Vignieti del Vulture
86,5 Terre dei Portali Greco-Fiano 2014, IGT basilicata, Vignieti del Vulture

wtorek, 7 kwietnia 2015

Anteprima Sagrantino 2011





Anteprima Sagrantinio 2011

Mieć pełną beczkę i żonę…

Co można zrobić, kiedy ma się świetne wina, ale niewielu je zna. Proste – trzeba zorganizować wielką, głośną imprezę i perfekcyjnie ją zorganizować. Tak właśnie to wyglądało podczas pierwszego wydania umbryjskiej imprezy: „Anteprima Sagrantinio 2011”, która odbyła się pod koniec lutego. Oczywiście w Montefalco, centrum uprawy tej odmiany. Zresztą jedynym na świecie, bo gdzie indziej się nie udaje.


 System wydarzenia był zupełnie inny niż się spodziewano - przynajmniej ja miałem takie przeświadczenie, odwiedzając różne Anteprime w Toskanii. Wspólne degustacje dla dziennikarzy były w zasadzie dwie, jedna „stolikowa”, prezentacja nowych roczników, zaś druga dotyczyła w większości starszych win montefalco sagrantino. Dla porównania. Ale i tak większość nie miała na to czasu, bowiem program wizyt był bardzo napięty.
 
System ów zasadzał się na tym, że było to fantastyczne odwiedzanie całej masy producentów. Uwielbiam takie sytuacje, kiedy można poznać winiarza, posiedzieć, usłyszeć jego historię, wypić kawę. No i oczywiście, ocenić wina. A te historie są doprawdy ciekawe, jak choćby taka – Valentino Valentiniego poznałem kilka lat temu, kiedy był komunistycznym burmistrzem Montefalco i spotkał się z kilkoma dziennikarzami winiarskimi. Jego winiarnia, Bocale, którą prowadzi dziś z ojcem i bratem jest malutka i była pierwsza na mojej liście do odwiedzenia. W międzyczasie wyrzucono go z partii i zajął się rodzinną winniczką (5 ha). Przyjemnie więc posiedzieć z miłym człowiekiem, który przestaje się kierować zasadami klasowymi i zaczyna robić dobre wina.
Hitów na imprezie było kilka. Numer jeden – oczywiście passito – rzadkie i bardzo drogie wino robione z podsuszanych winogron. Rzadkie, bo ze stu kilogramów owoców uzyskuje się raptem kilkanaście do dwudziestu litrów wina. Nie było go oczywiście na degustacjach, bo to rarytas dojrzewający kilka lat – trzy minimum. Ale tak wspaniałego, niewzmacnianego  czerwonego wina nie piłem od bardzo wielu lat.
Hitem, przynajmniej dla mnie, był występ legendarnego enologa, Ricardo Cotarelli (brata Renzo, który od dekad szefuje u Antinorich). Ricardo jest latającym (po Europie) winemakerem, który ma własną winiarnię w Lazio, ale też doradza w kilkudziesięciu winiarniach, w tym dwóm w Montefalco. Jego występ był poświęcony prezentacji ostatnich roczników montefalco sagrantino. I nie był optymistyczny. Roczniki 2013 i 2014 oceniono (na podstawie pogody i zbiorów) raczej na mierne. W przeciwieństwie do 2011, który właśnie wchodzi na rynek, który ocenialiśmy i okazał się być rewelacją.
Czas wyjaśnić lokalną specyfikę. Największy błąd, który czasem niektórzy piszący o montefalco sagrantino robią, to fakt, że traktują montefalco rosso jako drugie, prostsze (gorsze) i krócej leżakujące montefalco sagrantino właśnie. Na zasadzie – brunello di montalcino i rosso i montalcino, czy vino nobile di montepulciano i rosso di montepulciano. Tymczasem montefalco rosso to zupełnie inny, osobny byt, zupełnie inna bajka. Zawiera – zgodnie z przepisami – ledwie 10-15 procent szczepu sagrantino, reszta to w większości sangiovese (co najmniej 60%), zaś pozostały fragment jest dowolny, więc najczęściej są to odmiany międzynarodowe (cabernet sauvignon, merlot, ale też np. bonarda, czy egzotyczne malbec, a nawet nebbiolo). Spory udział sangiovese sprawia, że wino nie musi już leżakować tak długo.
Za wyjątkiem montefalco rosso riserva, które musi być obligatoryjnie starzone przez 2,5 roku, z czego przynajmniej rok w beczce. Ta wersja jest dość rzadka, bo jednak koniec końców winiarze muszą z czegoś żyć, a robiąc jednocześnie montefalco sagrantino i rosso riserva, musieliby czekać właśnie prawie trzy lata. Ale są i tacy, którzy nie wypuszczają swoich win przed upływem… siedmiu lat, jak z zasady robi to Paolo Bea. Jak powiedział mi jednak jeden z producentów: „Trzeba coś wybrać – nie można mieć jednocześnie pełnej beczki i żony pijanej.”
W czasie wspomnianych objazdówek hitem było również potężne białe wino DOC trebbiano spoletino – nowa apelacja, której wina z rocznika 2014 dopiero dochodzą. Dotąd było ono klasyfikowane jako regionalne IGT. Jest tłuste, bardzo aromatyczne, ale rześkie. Okoliczni winiarze biją się w piersi, że ich trebbiano ma zupełnie innych charakter niż to z Soave,
Lugany i Toskanii. Pewnie coś w tym jest, dowodem – badania genetyczne, a nawet twierdzenia, że to trebbiano ze Spoleto było „pierwsze” na świecie. Niemniej w takiej sytuacji pozostawanie przy określeniu „trebbiano” nie wydaje się najtrafniejsze i wielu konsumentów to zmyli. No ale mniejsza z tym – wszystkie degustowane przeze mnie białe wina były świetne. Podobnie jak oczywiście i czerwone. O passito nawet nie wspominając (przez grzeczność). 

Tekst i zdjęcia Wojciech Gogoliński
Paolo Bea

Moje oceny:

Montefalco Rosso DOC
94,5 – „Pipparello” 2007, Bea
91,5 – 2012, Bocale
91 – 2011, Bocale
91 – 2001, Tabarrini
90 – 2011, Lungarotti
90 – 2011, Tabarrini
89 – 2011, Le Cimate
89 – „Vigna Flamina-Maremmana” 2012, Caprai
89 – 2012, Tabarrini
88 – 2012, Caprai
88 – 2011, Le Cimate
87,5 – 2001, Antonelli
87,5 – 2009, Petricaia
87 – 2011, Antonelli
87 – 2014, Petricaia
87,5 – 2011, Scacciadiavoli
Paolo Bea

Montefalco Rosso Riserva DOC
93 – „Collepiano” 2011, Caprai
93 – 2010, Milziade Antano
87 – 2008, Antonelli
87,5 – 2009, Petricaia
87 – 2010, Petricaia

Montefalco Sagrantino DOCG
97 – „Pagliardo” 2007, Bea
95,5 – „25” 2007, Caprai
94 – „25”, 2011 Caprai
93 – „Chiusa di Pannone” 2007, Antonelli
93 – 2010, Bellafonte
93 – 2011, Bocale
93 – 2010 Petricaia
93 – „Campo alla Cerqua” 2010, Tabarrini
93 – „Colle alla Macchie” 2010, Tabarrini
92,5 – 2010, Milziade Antano
92 – 2005, Antonelli
92 – 2011, Lungarotti
92 – 2010, Bellafonte
91,5 – 2010, Le Cimate
91 – „Classico” 2011, Di Filippo
91 – „Etnico” 2011, Di Filippo
91 – 2011, Lungarotti
91 – „Grimaldesco” 2010, Tabarrini
91 – 2010 Milziade Antano
90 – 2009, Cantina Fratelli Pardí
90 – „Vignalunga” 2008, Moretti Omero
90 – 2010, Romanelli
90 – 2009, Scacciadiavoli
89,5 – 2011, Petricaia
89 – 2009 Antonelli
89 – 2004 Petricaia
89 – 2011, Petricaia
88,5 – 2005 Petricaia
88 – 2011, Fabri

Passito DOCG
99 – „Desiderabile” 2007, Bea
95,5 – 2011, Bocale
95 – 2008, Caprai
94 – 2006, Petricaia
95 – 2009, Lungarotti
93 – 2011, Le Cimate
92,5 – 2010, Milziade Antano
93 – Scacciadiavoli
92 – 2007, Antonelli
92 – 2011, Tenuta Rocca di Frabri
91 – 2011, Milziade Antano
90 – 2006, Tabarrini

Białe (bianchi, whites)
93 – Santa Chiara 2011, IGT umbria, Bea
91,5 – Adarmando 2007, IGT umbria trebbiano spoletino, Tabarrini
91 – Arboreus 2009, IGT umbria, Bea
89 – Adarmando 2004, IGT umbria trebbiano spoletino, Tabarrini
88 – 2013, IGT umbria terbbiano spoletino, Antonelli
87,5 – 2014, DOC colli martani 2014, Antonelli
87 – Aragon 2013, IGT umbria, Le Cimate
87 – Grecante 2014, DOC colli martani, Caprai
87 – 2014, IGT umbria trebbiano spoletino, (próbka beczkowa) Le Cimate
87,5 – 2014, IGT umbria trebbiano spoletino, Petricaia
87 – 2014 IGT umbria, Petricaia
86,5 – 2014, IGT umbria grechetto, Scacciadiavoli

Czerwone (rossi, reds)
93 – „Rosso de Véo” 2007, Bea
90 – „San Valentino” 2006, IGT umbria, Bea (szykowane na montefalco rosso, odrzucone przez konsorcjum w klasyfikacji DOC), Bea
87,5 – DOC colli martani, Antonelli
86 – „Nero Ousider” 2009, IGT umbria pinot nero, Caprai
86 – 2013, IGT umbria, Petricaia

Musujące (spaumanti, sparklings)
87 – Spumante Brut Metodo Classico NV, Scacciadiavoli
87 – Spumante Brut Rosé Metodo Classico NV, Scacciadiavoli